Tkamy jak dawniej – sierpniowe warsztaty z tkaczkami z Nadbużańskiego Uniwersytetu Ludowego

W sierpniowe popołudnia w jednej z pracowni Stowarzyszenia Ku Naturze słychać było stukot czółenek, szelest nici i rozmowy, które mogłyby wydarzyć się 50, 80, a może nawet 100 lat temu. Odbyły się tam niezwykłe warsztaty tkackie prowadzone przez doświadczone tkaczki z Nadbużańskiego Uniwersytetu Ludowego – kobiety, które od lat strzegą tajemnic dawnych technik i uczą ich kolejne pokolenia.
Atmosfera od pierwszych chwil była jasna: tu nie przychodzi się tylko „zobaczyć”, ale poczuć, czym było tkactwo w wiejskiej chacie. I uczestnicy poczuli to bardzo szybko.
Krosna, które pamiętają więcej niż my
Największe wrażenie robiły krosna. Nie nowe, nie gładkie i idealne – lecz stare, pochodzące wyłącznie z nadbużańskich chat, każde z własną historią, duszą i charakterem. Instruktorki opowiadały o nich z taką czułością, jakby mówiły o członkach rodziny.
Jedno skrzypiało jak staruszka wstająca z łóżka, drugie gubiło jedną nitkę tworząc charakterystyczny błąd wzdłuż całej tkaniny, trzecie miało tak dziwną osnowę, że trzeba było przekąłdać nici trzy razy, aż było to zrobione porządnie. Tkaczki żartowały:
– Krosno jest jak mąż. Musisz wiedzieć, gdzie pogłaskać, a gdzie stuknąć.
I rzeczywiście – praca na tych staruszkach wymagała nie tylko techniki, ale i cierpliwości. Ustawienie osnowy na zabytkowym snowadle trwało godzinami. Nawet najprostsze czynności zabierały więcej czasu, niż ktokolwiek zakładał.
A jednak nikt nie narzekał. Bo właśnie w tym trudzie rodziło się coś więcej niż materiał.
Dzieci jak dawniej – tuż obok krosna
Daliśmy szansę tkaczkom z dziećmi. A gdy do pracowni weszły dzieci świat jakby cofnął się o kilka pokoleń.
Nawijały nici na motki, próbowały swoich sił w tkaninie, dopytywały, do czego służy każdy drut, deseczka i dźwignia. Patrzyły z takim skupieniem, jakby uczyły się od własnej babci.
Ten widok wzruszył wiele osób.
Bo przecież tak właśnie było kiedyś: kiedy kobiety tkały, dzieci zawsze były obok.
Obserwowały, pomagały, dorastały do tej pracy. I sierpniowe warsztaty odtworzyły ten obraz idealnie.
Sierpień pełen pracy – i śmiechu
Tkaczki z Nadbużańskiego Uniwersytetu Ludowego prowadziły zajęcia z ogromną cierpliwością. Tłumaczyły różnice między splotami, pokazywały, jak prostować błąd wątku, jak trzymać napięcie, jak rytmicznie uderzać bidłem.
Ale najważniejsze było to, co działo się między uderzeniami: rozmowy, anegdoty, wspomnienia o babciach, o pierwszych własnoręcznie utkanych chodnikach, o domach, w których krosno stało zawsze w kącie, gotowe do pracy.
Uczestnicy próbowali sił przy tworzeniu:
- Tradycyjnych chodników szmaciaków,
- Tkaniny na ubrania (pas materiału szerokości 30-centymetrów składającą się aż z 520 nitek!),
- Tkaniny na chustki.
Każdy metr tkaniny kosztował tyle wysiłku, że trudno było nie poczuć dumy z postępów.
Nie same tkaniny powstały – powstała wspólnota
Kiedy ostatnie czółenka ucichły, a nici zwinięto na półki, jedna rzecz była pewna: warsztaty nie były tylko lekcją rzemiosła.
Były spotkaniem ludzi, którzy chcieli dotknąć czegoś prawdziwego – czegoś, co od wieków było obecne w polskich domach.
Były powrotem do tradycji, która żyje tylko wtedy, gdy się ją praktykuje.
Były przypomnieniem, że to, co proste i zwyczajne, bywa najcenniejsze.
Warsztaty odbyły się w ramach projektu:
„Od ziarenka do włókienka – tkaniny z natury w tradycyjnym rzemiośle Regionu Nadbużańskiego”,
organizowanego przez Stowarzyszenie Ku Naturze w programie EtnoPolska 2025.
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.


















































